poniedziałek, 27 października 2014

24h


Czasu mi trzeba przede wszystkim, bo ostatnio czuję, że doba mi nie wystarcza. Tak leci ten czas, że nie nadążam nad swoimi myślami. Szkoda, że w pewnych sytuacjach w stanach zawieszenia, nie mogę wyciągnąć swojego zeszytu i zapisywać to, co mój umysł  w danej chwili sobie wymyślił. Coś rozpoczynam i nie kończę, odkładam na później, wyczekując na lepszą chwilę. I wszystko pięknie, i wiem o tym,  że lepszej chwili być nie może, jak tu i teraz. I wiem, że trzeba wykorzystywać wszystkie okazje, które pojawiają się wokół mnie, ale do cholery...gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce.  Potrzebuję bata nad sobą, kopa, cokolwiek by zmusiło mnie do dalszego działania, do większego wysiłku. Brak mi osób, które mnie mobilizowały, pogadanek, które oczyszczały. Został człowiek sam z niepoukładanymi myślami i trochę mu ciężko. 



Ostatnio, bo trwa to już pół roku,  nie mam ochoty na łażenie po sklepach odzieżowych  i wyszukiwanie czegoś, co by mi się spodobało. Kupuję jedynie ciuchy specjalistyczne, które mają mi służyć na wypadach. Zastanawiam się, czy przypadkiem, nie jest to spowodowane przesytem prowadzenia bloga o ciuchach i oglądanie kolorowych przebieranek. Jakoś przestało, być to dla mnie istotne. Dlatego też, obfociłam kiecę długą, odnalezioną tydzień temu w mojej szafie, która liczy sobie około 4 lat. Marynara sztruksowa, też wiekowa z dziurą pod pachą, ale co mi tam, jeszcze się w niej pochodzi.











Leśny człowiek jestem i dlatego wykorzystuję dary natury. Siedzę po godzinach w kuchni, robiąc przetwory na zimę,  grzybki marynowane, buraczki zasmażane, itd...
Na zdjęciu, zbiory z zeszłego tygodnia:)


w międzyczasie, lampka dobrego wina...




niedziela, 19 października 2014

karma comes back

Wracając w piątek wieczorem z zakupów z moim panem, natknęliśmy się na pewnego młodego gościa wydzieranego w nieudane tatuaże, który spacerował sobie po ulicy. I nic nie było by w tym dziwnego, gdyby nie przykuty wzrok mego partnera  na jego rower. Z uwagi na to, że 2 miesiące temu, ktoś się nie bał i sobie przygarnął z podwórka moje 2 koła,  mieliśmy oboje od dłuższego czasu wytężony wzrok na pojazdy jednośladowe, myśląc sobie ... a może ktoś bezkarnie na nim jeździ po mieście i śmieje się, że ma fajny rower.
Nie wiele się zastanawiając, natychmiast ruszyliśmy szybkim krokiem, w jego kierunku  i ku memu zdziwieniu okazało się, że to był mój rower do cholery: ta sama rama, te same zadrapania, tyle, że był przystrojony jakimiś dziecięcymi dodatkami i oklejony naklejkami, które miałyby zakamuflować jego orgynalność. 
Co jak co, ale wydaje mi się, że każdy właściciel zawsze rozpozna swoją własność, cokolwiek by to nie było, płyta książka, kurtka, samochód, takie rzeczy mają swoją historię o których nikt inny, jak tylko posiadacz danej rzeczy sam o niej wie.
Pan mój od razu po męsku przeszedł do rzeczy, pytając się młodego gostka skąd ma ten rower?
Na to on, że kupił od znajomego. Nie wiele się zastanawiając, wyrwał mu go z rąk i zapakował do auta. Zaczęła się mała awantura, no bo jak tak można, rower kormus zabrać na ulicy i gdzie jest policja?... 
Chcesz policji, to zaraz ją zawołam, albo zawołam chłopaków(?) i zobaczymy co się stanie-wykrzyczał.
Ostra dyskusja trwała jeszcze przez chwilę a potem koleś sprytnie zmienił taktykę uświadamiając sobie, ze nic nie wskóra. Próbował również oprócz tego, negocjować z nami cenę 20 euro, które rzekomo wydał na zakup kradzionego roweru, od swojego kumpla. 
Chcieliśmy się dowiedzieć co to za kumpel i gdzie mieszka, ale szybko uciął konwersacje. Śmieszna sytuacja, bo do końca ten młodziaszek  nie ustępował odzyskać od nas straconą kasę. Co za tupet, ludzki?
I ciągle sobie myślę, ze trzeba mieć oczy i uszy otwarte na takie sytuacje bo nie wiadomo, kto i gdzie używa sobie dowoli naszych skradzionych rzeczy. Karma zawsze powraca.























*Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w miasteczku Levens 

środa, 8 października 2014

Contes


Wybrałam się tym razem na przejażdżkę do cywilizacji, ponieważ zaniemogła mi ekipa z którą systematycznie jeżdżę w góry. Bywa, ale nie ma tego złego...
Wykorzystując wolny dzień od trabajo, bez namysłu wsiadłam w autobus linii nr...(nie pamiętam) i dojechałam do miasteczka, które zwie się Contes. Podróż była niezaplanowana, spontaniczna, bez określenia celu i bez nastawiania się, co mnie może ciekawego spotkać. 
Wszystko odbyło się tak, jak najbardziej lubię, czyli: podróż w nieznane z wielką niewiadomą.
Grunt to zaufać sobie a reszta jakoś, sama się ułoży. 






Chapelle Saint-Joseph-de-la-Mercy


Zauważyliście, że co raz rzadziej, można spotkać dzieciaki same bawiące się na ulicy? 
Dla mnie to naprawdę, niespotykany widok. Już chyba tylko, w takich małych miasteczkach jak to Comte, mogą beztrosko biegać, czy jeździć na rowerze. 
Zabrano im wolność i prawo do biegania po polach i łąkach. Jakie to smutne.

Renesansowa fontanna przed kościołem



Miasteczko to, szczególnie polecam leniwym osobom, ponieważ nie trzeba pokonywać długiej i ciężkiej drogi pod górę. O wszystkim rada miasta pomyślała, bo zamontowana została bardzo nowoczesna winda, albo wagonik górski(nie jestem pewna). 
W każdym razie, jeździ ona w górę i w dół, aż przez 3 stacje! To chyba więcej niż metro w naszej stolYcy, co? 




I co, jedziecie do Comtes?
Fajne są tam, czarne koty



Szukam puderniczki, co by zatuszować wszystkie pryszcze na nosie, oh, oh...
...i jakiejś inspiracji do zmiany fryzury, bo  wieje nudą i nic mi nie przychodzi do głowy...
Na zakończenie foty o mnie:
tunika i marynarka(stare jak świat)
oraz nowe trampki z przeceny







Pamietacie, jak mi nogę łoperowali? no to właśnie został mi się 
tatuaż, mój pierwszy, prawie idealny:)




środa, 1 października 2014

Jezioro Long, Alpy


Dla mnie, wrzesień był miesiącem chodzenia po górach. Prawie w każdy weekend, udało mi się zaplanować jakąś wycieczkę i nacieszyć oczy pięknymi widokami. Dzikie, surowe przestrzenie, to są klimaty, które najbardziej chyba lubię. 
Człowiek, zostawia za sobą ten swój malutki majątek, za ciężko zarobione pieniądze. Zbieramy pamiątki, wartościowe rzeczy i gadżety, które tak bardzo lubimy, tylko po to, by na chwilę zadowolić siebie, bo satysfakcja  z posiadania nigdy nie ma końca. Uzależnia jak dobry narkotyk.  Jakie to wszystko jest nic nie warte i małe w obliczu gór. Nic nie wydaje mi się tak wartościowe i piękne, bym mogła cokolwiek mieć na własność. 
Farta mam wielkiego a może sama tak chciałam, że mogę cieszyć się tak pięknymi kadrami przyrody, przecież w końcu człowiek sam decyduje o swoim losie. Tam wysoko zatracam się, nie ma mnie, rozpuszczam się gdzieś pomiędzy jednym a drugim wierzchołkiem góry. Jest tylko ciało a umysł odnajduje spokój.


Dwa tygodnie temu, wybraliśmy się na kolejną wyprawę, tym razem z z zaprzyjaźnionym panem przewodnikiem, który poprowadził nas stromym, wąskim podejściem do jeziora Long. Jeszcze gdzieniegdzie widać było, śnieg z zeszłego sezonu. Już daje się odczuć zimny wiatr, który przeszywa do szpiku kości.
Mam nadzieję, że w październiku uda mi się jeszcze raz dotlenić płuca w przemiłym towarzystwie. 
Oby plan wypalił. 




Za mną, kaskady Estrech






Schronisko Nice, zwane również Cessole Victor, nazwane po Chevalier Victor Cessole, który poświęcił swoje życie dla gór. Niestety z braku czasu, nie udało mi się go odwiedzić, a miałam wtedy, taką ochotę na kawę. Z tego co się dowiadywałam, aby przenocować w schronisku, warto wcześniej zrobić rezerwację.


Mieliśmy szczęście ponieważ napotkaliśmy pod drodze piękne kozice. Wydawało się, że zwierzęta są przyzwyczajone do widoku ludzi. Nie uciekały, wręcz przeciwnie towarzyszyły nam do samego szczytu. Zdjęcie zrobione z naprawdę bliska.



A tu na polanie, prawie dzikie konie(hehehe)
 Skubane są tak przyzwyczajone do turystów na szlaku, że zupełnie nie boją się ludzi. Podchodzą blisko, obwąchując plecaki, pewnie liczą na małe co nie co. 




Jezioro Long (2554)Najgłębsze jezioro Parku Narodowego Mercantour(70 m głębokości)


Po prawie 4 godzinnej wspinaczce krótka, chwila przerwy. Było pięknie.